piątek, 31 października 2008

spisane nocą (dla R.)

nie mogę sunąć kochanie
zbyt uciążliwie czuję na ciele
każdy twój dzisiejszy
niedotyk
zbyt uciążliwie słyszę niewyszeptane
 do ucha pragnienia
boję się przymknąć powieki
by nie zobaczyć
przerażającej pustki
zimnej pościeli
be Twoich ramion…

czwartek, 30 października 2008

Agnieszka Osiecka

„nie wiedziałam że się serca tak ostudzą
uwierzyłam że umiera się parami
nie wiedziałam że się ludzie różnie budzą
jak okręty nie te same
choć w tej samej wciąż przestrzeni…”

środa, 29 października 2008

moje nonsensy

kocham Cię
jak nigdy przedtem
i nikogo potem
nie będę już z pewnością kochała
wiele bym oddała
byś był mój
przekupiłabym samego diabła
ale tak niewiele posiadam
poza miłością do Ciebie…

serce
mała cząstka każdego z nas
czy sercem kochamy?
czym jest miłość?
tęsknotą?
słodkim pocałunkiem
o świcie?
zgubieniem?
namiętnością
złudzeniem

wtorek, 28 października 2008

to co mogę powiedzieć R.

utul mnie
ramionami Twojej miłości
bo zimno tu bez Ciebie
przyjdź i powiedz bajkę
o nas
mi do snu
bo tak cicho tu bez Ciebie
przyjdź tak po prostu byś był
bo tak pusto tu…

widzisz tego gołębia
on przynosi Ci
zaproszenie na nasz ślub
widzisz tego bociana
on przynosi Ci
metrykę naszego syna
widzisz tego skowronka
on przynosi Ci
poranki tuż po
miłość i wspólne dni
przyjmiesz??

gdzie jesteś
i dlaczego tak daleko?
przyjdź
pocałuj
ma sypialnia taka pusta
bez Ciebie…

za co Cię kocham?
kocham Cię za każde słowo
które mi podarowałeś
za każdy gest
i każdy uśmiech
za marzenia i sny
za to że gdy nawet
jesteś tak daleko
to jesteś i tak najbliżej
ze wszystkich…

poniedziałek, 27 października 2008

:(

popsuło mi się oko… lewe, piękne, niebieskie i boli!!
jak ono śmie normalnie zakłócać mój spokój no? :(
i co ja z jednym okiem mogę zrobić??
jak naprawić domowym sposobem oko?
p.s. dostałam dziś kiść bananów od Lwa :)
(taki mały kiść) ale nie omieszkałam ich zjeść :)
wyjaśniam co by nie było:
dostałam je bym była ciiiiiiiiiiszej tak troszeczkę
i pomilczała przynajmniej na czas jedzenia
a nie dlatego że małpa jestem :)

niedziela, 26 października 2008

Jesienny spacer

zaprowadziłyśmy się na nasz miejski koniec świata…
gdzieś już niedaleko było słychać autostradę,
gdzieś jeszcze pola, sady…
wszystkie drogi prowadziły w nieznane
ale Ania zostawiała kamyczki byśmy wiedziały
jakimi uliczkami iść :)
czasami był to naprawdę miejski koniec świata…
 

piątek, 24 października 2008

Mój organizm…

zdecydowanie szykuje się do zimy… potrzebuje dużo ciepła, z podziałem na zewnętrzne czyt. tzw. okrycie wierzchnie, jak również wewnętrzne czyt. spowodowane czułościami :), w dodatku potrzebuje więcej odżywczych, bardziej kalorycznych posiłków jak i witaminek. Czuję tą zimę gdzieś w kościach, nadchodzi i tupa sobie do mnie, a przecież to dopiero październik :(. No dobra koniec października ale jednak wcześnie w tym roku jakoś.
P.s. Co by nie było. Jesienne długie wieczory też mają swoje uroki, nawet jak trzeba łazikować i pomarznąć trochę :)

czwartek, 23 października 2008

niech się

już skończy ten październik!! Ja normalnie proszę bardzo ładnie… na nic nie mam czasu. Dzień rozbity na dwie części i wszystkiego się gromadzi do zrobienia i tylko czasu mniej, coraz mniej. Praca, dom, lekcji do domu moja córa znosi coraz więcej, a tu jeszcze różaniec bo do komunii za rok i na każdym ma być, dodatkowe lekcje angielskiego i bieżące, lektury, wierszyki, cała lista modlitw i wszystko na raz. A ja po prostu chce odsapnąć choć dni parę, choć dni kilka…

wtorek, 21 października 2008

przesłanie

świadomość jest rzeczą ludzką, miejmy więc świadomość, nie zamykajmy się, nie odcinajmy na to co wokół nas. Niekoniecznie musi się nam to podobać, ale wtedy nie pozostawajmy obojętnymi. Obojętność na ludzi, na sprawy które są, ciągle są obok, czy je dostrzegamy, czy udajemy że ich niema, jest gorsza niż nieistnienie.

poniedziałek, 20 października 2008

3000 odwiedzin

3000 odwiedzin… :) 3000 razy zostałam odwiedzona w tej mojej złotej kuli słów. Jedni zapukali cichutko inni pomachali łapką. Każdemu dziękuje.

Dialogi przedmałżeńskie :)

Ja: Robuś wiesz spodobała mi się ta szkoła, jak już skończę tą za 3 lata i będę już sławna i bogata to pójdę na inny kierunek…  będę się uczyć całe życie!!
Lew: hmmm to jak masz być bogata, to ja nie będę zmieniać pracy i będę po prostu twoim utrzymankiem…
Ja: No tak ,ale ja będę bogata, bo wyjdę za milionera…
Lew: To znaczy że mam grać w totka?
Ja: no może warto by było :)??

niedziela, 19 października 2008

Spisywane poza domem – 19.10.08 Warszawa i dom :)

Jeśli ktoś potrzebuje dobrej, mocnej kawy polecam kawiarenkę w budynku mojej uczelni :) jeśli ktoś chce adres to mnie znajdzie :). Z totalnego znużenia, zmęczenia i niedospania które najmocniej ujawniło się czwartego dnia pobytu w tej głośnej stolicy, ciągłymi dojazdami i czterema dniami jakby nie było wchłaniania wiedzy po wypiciu jednej filiżanki pobudziłam się normalnie jak wiewiórki od Alvina… :) w pewnym momencie miałam wrażenie że jak nie poskacze chociaż to zwariuje :) Fakt że kawa wcale nie podniosła mojego poziomu intelektualnego który spadał na łeb i na szyję z każdą minutą czego przykładem była moja rozmowa telefoniczna z kolegą, który miał mnie odebrać ze szkoły:
- Damian: gdzie jesteś?
- Ja: w sali
- D: której?
- J: nie wiem…
- D: a na którym piętrze?
- J: nie wiem, ostatnio byłam na 10 :)
- D: a co miałaś teraz?
- J: yyyyy chyba organizacje i zarządzanie…
- D: to czekaj przed salą zaraz tam będę :)
I w taki oto sposób się znaleźliśmy :)
I wróciliśmy do domu, cali i zdrowi… mój Lew (Narzeczony) oczywiście nie omieszkał mi zrobić wykładu że mamy jechać wolno (jakby o godzinie 18.30 dało się jechać szybko przez Warszawę) i spokojnie i nie szaleć i w ogóle chyba nie oddychać :). Ale to bardzo miłe jak ktoś się o mnie martwi :) I jak patrzy mi pod nogi (bo ja zawsze nie patrze i każda kałuża moja! albo i co gorszego :)) i pilnuje bym się ciepło ubierała :) przydało się to w weekendowe zimne ranki… szczególnie o 4.40 :)
A w domu… swojsko, łóżko moje i podusia i kołderka i moja Ania z mięciutkimi ramionkami :) Uwielbiam powroty do domu!

W podróży

W ciągu tych czterech dni podróżowania między miejscem A a miejscem B. przeczytałam całą książkę (to ta jedna z lepszych cech podróżowania). Fakt że książka pochłonęła mnie. Warto przeczytać przynajmniej, czasem mądre słowa jak na przykład te wypowiedziane przez ojca pana Bartoszewskiego do swojego bardzo młodego wtedy syna:
„Nie kłam, bo kto kłamie, to może i ukraść, a jak może ukraść, to może i zabić. Więc nie kłam” Czy nadal przekazuje się takie wartości tym najmłodszym pokoleniom??
cytat pochodzi z książki – wywiadu rzeki Michała Komara z Władysławem Bartoszewskim.

sobota, 18 października 2008

Spisywane poza domem – 18.10.08 Warszawa wciąż

II Zjazd na uczelni.
I nieliczne jak na liczbę już odbytych zajęć z filozofii notatki… ale za to warte przytoczenia :)
Wykłady I:
„Początkiem myślenia jest nicnierobienie” :)
„Postępuj zawsze tak, że celem twojego działania jest drugi człowiek i każdemu człowiekowi należy się szacunek”
„Postępuj zawsze tak, jakby maksyma twojego postępowania mogła być prawem całej ludzkości”
„Trzeba umieć patrzeć, słuchać, dostrzegać… można nauczyć się postrzegania”
Potem długo, długo nic, kilka głównych zagadnień bo wgłębić się trudno w słowa wykładowcy… pomimo że ja naprawdę lubię filozofię…
Potem drzewka, domek, droga, płotek
Wykład II: „Jeśli wyraz ma nieskończenie wiele znaczeń, to słowo nie ma żadnego znaczenia. Jeśli nie myśli się o jednej konkretnej rzeczy, to nie myśli się o niczym”
Odnośnie miłości :) Napracowałam się nie ma co :)

piątek, 17 października 2008

Spisywane poza domem – 17.10.08. Nadal Warszawa

Szkolenie – jedno z najlepszych na których byłam. Przykro tylko jak człowiek dowiaduje się że Ranking pisany raz na pół roku, który piszę i który nikogo pomimo jakby nie było ważnych informacji nikogo nie interesuje w normalnych firmach wart jest około 4-5 tysięcy złotych :(. Już widzę minę mojej szefowej gdy wystawiam fakturę :) Ja przecież piszę rankingi w nagrodę i dla wyższych celów!!
Kierowcy autobusów… tak odnoście pracowników administracji o których pisałam wcześniej. Więc (tak wiem, nie zaczyna się zdania od „więc”) miałam tą znikomą przyjemność jechać autobusem kierowanym przez jednego dość wrednego po prostu pracownika naszych ukochanych PKSów :(. Ja rozumiem że facet miał może zły dzień… no ale on oburczał kogo się tylko dało! Starszą panią za brak drobnych, matkę z dzieckiem bo tamto kwiliło sobie cichutko, ojca z niepełnosprawnym dzieckiem bo tamto wolno się poruszało i starszego pana chyba za to że ma zniżkę na przejazd a nie ma odliczonych pieniędzy… To po prostu smutne. Kurcze jesteśmy tylko ludźmi, ułomnymi czasami, niedołężnymi, głuchymi, ślepymi, innymi… ale inny nie znaczy gorszy… Nauczmy się szanować tą inność, szanować to co wokoło. Nie traktujmy ludzi źle, którzy są obok nas po prostu dlatego że są inni, mniej sprawni. Przyjdzie czas że i my będziemy kiedyś od kogoś zależni, że będziemy chcieli by nasz szanowano. Uczmy szacunku swoim przykładem, to najprostsze… ale i najważniejsze uczenie :)

czwartek, 16 października 2008

spisywane poza domem – 16.10.08. Warszawa

Jak zdałam maturę, dostałam taki przepiękny album w nagrodę…o pielgrzymkach Jana Pawła II po Polsce. I tam na stronicach znalazłam takie o to piękne zdania:
Przede wszystkim tylko Jan Paweł II mógł to powiedzieć. Nie chodzi o kontekst tylko ogół znaczenia.
„W każdym razie, żebym nie przyniósł ujmy mojemu narodowi. Przynajmniej tyle. Żebym mógł – nie myślę o tym, żebym zasłużył na groby zasłużonych na Skałce – ale żebym mógł jako tako służyć Polsce, służąc całemu Kościołowi.” (Kraków 8-9 czerwca 1979)
„Musicie być mocni, drodzy bracia i siostry! Musicie być mocni tą mocą, którą daje wiara! (…) Musicie być mocni mocą nadziei, która przynosi pełną radość życia (…) Musicie być mocni mocą miłości, która jest potężniejsza niż śmierć (…) Musicie być mocni, drodzy bracia i siostry, mocą tej wiary, nadziei i miłości świadomej, dojrzałej, odpowiedzialnej, która pomaga nam podejmować ów wielki dialog z człowiekiem i światem na naszym etapie dziejów” (8-9 czerwca 1979 Kraków)
„Co to znaczy „czuwam”?. To znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia. Że tego sumienia nie zagłuszam i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuje w sobie dobro, a ze zła staram się poprawiać, przezwyciężać je w sobie. (…)
Czuwam to znaczy dalej:dostrzegam drugiego. Nie zamykam się w sobie, w ciasnym podwórku własnych interesów czy też nawet własnych osądów (…)” (Częstochowa – 18-21 czerwca 1983)
„Nie zabijaj, ale raczej przyjmij drugiego człowieka jako dar Boży – zwłaszcza jeśli jest to twoje własne dziecko. Nie zabijaj, ale raczej staraj się pomóc twoim bliźnim” (Radom – 4 czerwca 1991)
„Dziecko jest pięknem ludzkiego bytowania. Pięknem. (…) Bądźmy wciąż wpatrzeni w piękno dziecka, my dorośli.” (Olsztyn – 5-6 czerwca 1991)
„Człowiek urzeczywistnia siebie, spełnia siebie, przekracza siebie. W tym potwierdza się jego osobowa tożsamość, a zarazem boski rys człowieczeństwa” (Warszawa 8-9 czerwca 1991)
„Człowiek lęka się cierpienia, wzdraga się przed nim, pragnie go uniknąć – tak jak lękał się śmierci sam Chrystus – i ma do tego nie tylko prawo, ale i obowiązek. Cierpienie jednak istnieje i dotyka nas. Ja wiem drogie dzieci, że wy i wasi rodzice pragnęlibyście mnie przyjąć w waszych domach, w kościele, w szkole, może na boisku, przy dobrym zdrowiu i pełnej sprawności. Tymczasem zaprosiliście mnie do szpitala, który jest na jakiś czas dla was domem zastępczym po to, byście do prawdziwego domu, do waszej rodziny, mogły powrócić zdrowe. Tego zdrowia ja wam życzę i modlę się o nie. Modlę się o zdrowy blask waszych oczu, o radosny uśmiech, o szczęście. Modlę się, by mimo choroby było wam dobrze w tym szpitalu, byście spotkały kochających was ludzi, mądrych lekarzy, troskliwe pielęgniarki i pielęgniarzy, dobrych kolegów i koleżanki (…)”( Kraków 13-14 sierpnia 1991 – przemówienie wygłoszone w szpitalu pediatrycznym)
„Drogie dzieci, dzisiaj przychodzi do was papież, aby w imieniu Pana Jezusa powiedzieć, że On was kocha” (Zakopane 5 czerwca 1997)
I to co najważniejsze… powtarzane tysiące razy, może miliony… ale warte usłyszenia, warte zapamiętania… warte wrycia gdzieś w serce… na zawsze…
MIŁUJCIE!! Po prostu miłujcie pięknych, brzydkich, białych, kolorowych, małych, dużych, dobrych, a tym bardziej złych… miłujcie. W tym jednym słowie jest wszystko, cała istota życia, główna idea wiary, główny cel którego niestety czasem braknie… najpiękniejszy cel.
 
Jan Paweł II (4 czerwca 1979, Częstochowa)
(zdjęcie pochodzi z galerii portalu Gazety pl.)

środa, 15 października 2008

morał

bo w życiu, przede wszystkim trzeba być dobrym człowiekiem. Nie musi być to bezinteresowne… czasem może wystarczy myśl że ludzie źli są bardzo nieszczęśliwi… a może to jest tak że faktycznie, nie ma ludzi złych a tylko ci nieszczęśliwi?? Z drugiej strony podobno tym złym lepiej, ale czy oby na pewno?? Czy to lepiej nie jest tylko złudzeniem? Bo człowiek musi być dla kogoś, musi być komuś potrzebny. Potrzebny drugiemu człowiekowi. Jaki sens miałoby życie dla samego siebie? Jaki sens miałoby by dziś moje życie, gdybym tak jak inni zwyczajnie nie zainteresowała się łzami Kuby?
Jestem niesamowicie szczęśliwym człowiekiem. Mam w swoim prywatnym, magicznym świecie, obcych mi ludzi którym mogę podarować siebie, swoją pomocną maleńką dłoń, uśmiech, mam moich najbliższych którym mogę podarować mój świat… niestety z inwentarzem łez, ale w życiu podobno trzeba brać wszystko…
P.s. Mieliśmy dziś bardzo pyszną zupę na obiad, ponieważ moje dziecko sięgało sobie słodycze z szafki i niechcący do zupy powpadały czekoladki, lizaki i inne takie :) ale przynajmniej jaki ubaw był jak trzeba było to wszystko wyławiać :)

poniedziałek, 13 października 2008

Ślub

kapłan przewiązał im dłonie
biały welon oplótł im twarze
i wszystko potoczyło się tak
jak miało się potoczyć
Ona i On
tak młodzi i piękni
tak szczęśliwi
bo skoro mają siebie
mają wszystko
i tęczowe kwiaty
które dla Nich zakwitły
i zielonooką nadzieję
która tli się uparcie
i szczęście pomiędzy
swoimi ramionami
i azyl wspólnych marzeń
w kolejce do spełnienia
i czas ten czas najważniejszy
którego tak dużo przed Nimi
powierzyli się sobie
jako najcenniejszy dar
powierzyli sobie wszystko
już na zawsze
do końca
…..

Aleksandrze i Kamilowi 
Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia
11.10.2008
 
I włożył Jej obrączkę na palec
o Ona włożyła jemu
przyrzekli sobie miłość
wierność
uczciwość małżeńską
oraz że się nie opuszczą aż do śmierci
a potem spokojnie
z Bożym błogosławieństwem
wyszli na słońce
w lepszy wspólny świat
który rozbłysnął wszystkimi
kolorami tęczy
tylko dla Nich na nową drogę życia
…..

11.10.2008

niedziela, 12 października 2008

połamało mnie

Całą… nie ma ani jednej części mojego ciała która by mnie nie bolała, mam problemy nawet z uczesaniem się już nie mówiąc o tym ze siedząc, czy leżąc też mnie wszystko boli i to chyba bardziej niż jak łażę :( Wrażenia ze ślubu jak się pozbieram w całość :)

sobota, 11 października 2008

AAAAAAAAA!!!!!!!!!!!

Kto wymyśla śluby o godzinie 15.00 w dodatku 50 kilometrów od miejsca mojego zamieszkania?? Oczywiście jak to u mnie wszystko na ostatnią chwilę… nie ma przy mnie Mojego Lwa który na pewno by mi powiedział „Słoneczko ogarnij się” a ja ze skruchą bym posłuchała. Naprawdę. A tak nie mam motywacji, jestem w proszku i wszystko się rozpada! Latam po mieszkaniu jak w jakimś dreszczowcu w dodatku w niekompletnym ubraniu, lakier do paznokci nie wysycha choć napisali że wysycha i to szybko. Dlaczego ja zawsze wierze w to co napisali? Szczególnie jak kłamią?? Włosy wywijają się w drugą stronę… w dodatku moja córka z bratankiem uparli się by „posprzątać” mój porządek. No cóż udało im się… przynajmniej im… wszystko leci mi z rąk… a mojej mamie w dodatku ciągle przypomina się że coś zapomniała kupić i latam do sklepu naprzeciwko w celach zakupu a to z jedną pomalowaną dłonią a to z drugą… są tam już na bieżąco w moich postępach „uszykowania się” znając moje zezowate szczęście tusz też mi się rozleje albo inne ustrojstwo. Ja się tylko zastanawiam… jak niektóre kobiety to robią że np. nerwowo wytrzymają by się malować 2 godziny, i szykować około 6? Wykopyrtłabym na zawał jakiś! AAAAAAAA!!!!!! A to wszystko przez Roberta! Wychował mnie sobie Lwi Dranik jeden no! Normalnie faceci czekają na swoje kobiety 2 godziny bo te szykują się, a oN przyjedzie po mnie o 13.00 i mam być gotowa! Co naprawdę nie jest łatwe uwzględniając fakt posiadania w domu uroczej ośmiolatki, która co pięć minut przypomina sobie o ważnych rzeczach do wykonania na już! Która od 7.00 łzi za mną ze swoimi końmi podtykając je pod moje nogi, w rezultacie czego cięgle się o nie potykam. I która nawyciągała wszystkie moje buty w celach mierzenia i pozostawiła je w różnych częściach mieszkania. Ale on gotowy mnie nie zabrać, albo znaganić wzrokowo… Dobra tylko spokój może mnie uratować, napije się kawki, (udało mi się ją odratować zanim wylała ją córka) i dalej do boju, w końcu i tak jestem piękna…!

piątek, 10 października 2008

Pedro*

Ja też mam swojego Pedra (czytaj mężczyznę prawie idealnego, którym nie należy się zbytnio chwalić i o którego warto byłoby walczyć. No może pomijając odmrożenia i konieczność posługiwania się pilniczkami, wiertarkami i innymi niebezpiecznymi narzędziami w celach powiedzmy zdobycia informacji na temat ukochanego.
Ale, ale, ale (kurcze ostatnio jakoś ciągle mam jakieś ale) może i mój Lwi Narzeczony nie jest idealny – nie potrafi np. trzasnąć drzwiami obrotowymi… lecz takie rzeczy to tylko w erze, w promocji do lat 18 i w dodatku tylko w wykonaniu Chucka Norrisa**
Natomiast Lew*** dnia dzisiejszego dzielnie łaził ze mną po mieście w celu zakupienia odpowiedniego biustonosza, który pasowałby do mojej sukienki, w której mam zamiar jutro zabłysnąć. Dobór tej części garderoby z przyczyn które pominę już sam w sobie jest ciężki, nie mówiąc już o odpowiednim fasonie… i tylko raz usłyszałam: „Monisia Słoneczko, bo ty zawsze na ostatnią chwilę”… Oczywiście że na ostatnią chwilę jak nie mam na nic czasu :(. W dodatku cierpliwie zniósł moje utyskiwania na rozmiar biustu (oczywiście utyskiwania były po to by żarliwie i przekonująco zaprzeczał co też uczynił) Spróbowałby zresztą nie zaprzeczać!! I jeszcze w nagrodzę za szybki zakup (nie było tak ciężko jak się spodziewaliśmy) zostałam zaproszona na jedzenie :)
Przypisy autorki w notce wystąpili:
*  Pedro – prawie idealny osobnik płci męskiej opisany w książce z gatunku literatury kobiecej
 
** Chuck Norris – legendarna postać wszystko wykonująca która niestety nie żyje, jednak śmierć boi się jej to powiedzieć… (pomysł z CN zainspirowany został bardzo naukową :) rozmową z Panem z którym nie jestem już na „pan” hehehe )
*** a także i co najważniejsze Mój Lwi prawie idealny Narzeczony, który zasponsorował mój dobry nastrój i tę notkę :) serce
P.s. Po prostu nie mogę się powstrzymać by tego nie napisać. Przeczytałam dziś w sieci że prawdziwa kobieta lepiej jak ma u swych stóp LWA niż mopsa :) Może nie u stóp… ale Lew jest :). Ja to szczęściara jestem. hehe

czwartek, 9 października 2008

Marek Grechuta

Mistrz, który wciąż jest, mimo że Go nie ma…
Podobno żyjemy dopóki o nas pamiętają…
Pamiętajmy i my – szczególnie o tych, o których warto pamiętać…

http://pl.youtube.com/watch?v=de0H_WqxZIQ&feature=related


http://pl.youtube.com/watch?v=wxl4NNqJOF0&feature=related


http://pl.youtube.com/watch?v=3KfQ46P7o9M&feature=related

posłuchać… rozmelancholijnić się i rozmarzyć…
i nauczyć się sentencji które pozwalają pokochać codzienność
nawet tę szarą

http://pl.youtube.com/watch?v=oG6pEolAKm8

środa, 8 października 2008

Znów Stachura

Bardzo mądrze… i prawdziwie:
„Miłość się nie kończy – to kończą się ludzie
wydaje się że to ci sami ludzie,
bo zewnętrznie są podobni do tych,
którymi byli.
Ale to nie są ci sami ludzie.
Nie musi tak być
że obie strony się zmieniają.
Wystarczy że zmienia się jedna osoba,
druga może być taka sama
- taka jak była
- ale razem to już nie są ci sami ludzie”
„Najbardziej przekonywujący dowód na to że czas płynie
- to że miłość między dwojgiem ludzi gaśnie”
Ale chyba nie zawsze musi tak być??
Skoro magia jest nieśmiertelna… to i magia miłości może taką być. Wierze w to… bardzo wierze i wciąż mam w sobie zielonooką nadzieję na to że nauczymy się we właściwy sposób pielęgnować i szanować magię która oświetla to co kiedyś było w mroku….
P.s. Narzeczony przemienił mi się w lwa… Kochanego Lewka :) Co prawda nie ma lwiej grzywy, ani ryku ale okazało się że ma inne gabaryty tego wielkiego kociska :) niestety że pewnymi rzeczami nie wypada się chwalić za bardzo by uniknąć zazdrości i zawiści… to i ja przemilczę jakie… a co! My Kobietki lubimy mieć swoje tajemnice.

wtorek, 7 października 2008

jest we mnie

tyle tęsknot
za tym czego nie ma
za tym czego nie ma już
za tym co kiedyś może
z tym że niekoniecznie
jest tyle tęsknot zielonookich
potykam się o nie wciąż
i wciąż na nowo
i nic z tego nie wynika
i tylko ta wiara
że może jutro
może kiedyś
i determinacja
zawziętość
nie dam się
bo tak!

poniedziałek, 6 października 2008

06. 10. 2000 rok

Osiem lat temu w bardzo piękną noc złotej, ciepłej jesieni… w moim życiu zdarzył się najpiękniejszy CUD… i właściwie wtedy wszystko się zaczęło… całe moje życie (krótkie bardzo) było życiem przed TYM momentem i po nim… a właściwie tylko po nim :) To co przed jest rozmazane albo przez czas, albo przeze mnie samą, bo pewnych rzeczy lepiej nie pamiętać… bo wszystko co po… jest ważniejsze, bardziej piękne, bardziej rzeczywiste i pasjonujące… jak sięgam pamięcią wstecz do tamtych chwil… z rzeczywistości pamiętam tylko płaczliwą ale piękną różową twarzyczkę mojej świeżo narodzonej córki, jej oczy, maleńkie rączki… wszystko inne to magia, cud życia, podziw niemożliwy do opisania… niewiara mała że to już, tak szybko, że stało się, że ta mała istotka na którą czekałam, która uwielbiała wsadzać mi kończyny w żebra i kopać niemiłosiernie, to małe ludzkie istnienie do którego przemawiałam… wreszcie jest, leży obok mnie, tuli swoją główkę do mojej piersi… i nagły przypływ świadomości, że wiem, znam odpowiedź na pytania dręczące mnie podczas ciąży, jak sobie poradzę, czy poczuje te wszystkie macierzyńskie uczucia… itd były po prostu nieuzasadnione, to samo przyszło, razem z ulgą po bólach wydania dziecka na świat. Zawsze jak o tym myślę mam wrażenie że ta magia, ten cud stał się… z moim i mojej córki wielkim udziałem, to fakt… ale stał się po prostu… wszystko się stało wtedy… świat urósł robiąc nam dla siebie miejsce, zazielenił się mimo jesieni, oświetlił się mimo nocy, zakwitł wiosną… A potem to wszystko, co daje człowiekowi siłę, co daje szczęście, co daje powietrze i wszystko czego potrzebuje… pierwsze uśmiechy, słowa, słowo „mama” zarzucanie maleńkich rączek na szyję, laurki, wszystkie „kocham cię”. I te wszystkie uczucia które powodują wzruszenie… Jak dziś gdy mojej dziecko po odśpiewaniu przez nas (może nie pięknie) ale na pewno głośno i wesoło „sto lat” :) wyściskało mnie, wycałowało mnie i stwierdziło że to nasze wspólne święto i że dziękuje że ją urodziłam… czego ja mogę więcej chcieć od życia??
P.s. Robert zabukiecił nam biurko (oczywiście moimi ukochanymi żółtymi tulipanami) Ani z okazji urodzin i mi z powodu indeksu i tego że ta mała rozrabiaka jest z nami :) a ja dodatkowo dostałam ręcznie i samodzielnie robioną bransoletkę i jeden kolczyk na drugi zabrakło nam czasu, bo sobie robiła korale :)

Jestem posiadaczem indeksu :)

Notka z wczoraj… która dziwnym trafem (magicznym wręcz) nie przeszła jednak na bloga:
Stało się. :) Okazało się, że na uczelni, w dziekanacie nie popełnili błędu!! Nie pomyliły im się nazwiska ani inne dane osobowe i faktycznie, nieodwracalnie, oficjalnie i w ogóle jestem posiadaczem indeksu :). Nie udało się też mojemu przewrotnemu, zezowatemu z lekka szczęściu (pewnie w dzieciństwie dostał jakiegoś ciężkiego urazu) popsuć mi mojej radości z powodu pierwszego zjazdu. Nie przeszkodziło mi zaspanie i brak autobusu, którym miałam jechać… nie przeszkadzało mi że autobus, nie zatrzymał się tam gdzie powinien i o mały włos się nie pogubiłam… i nie przeszkadzało mi że się spóźniłam na zajęcia w rezultacie. W tym wypadku sprawdziła się odwieczna prawda, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. :) Dwugodzinna integracja przy automatach do kawy była iście udana :).
Mało tego! Podczas samotnej podróży do miejsca mojego noclegu, też mnie nic nie złamało. Ani minimalna znajomość Wawy…. ani nocna pora, ani pomylone bramki w metrze, ani nie przewidziane 4 wyjścia z metra (oczywiście właściwym okazało się to czwarte – ale to dopiero jak już wyszłam tym 3 :)), nie złamał mnie też odjazd mojego autobusu beze mnie i oczekiwanie 20 minut na następny i jedyne człowieki, kręcące się w pobliżu, czarne i zakapturzone… nie złamało mnie równierz to że przstanek na którym miałam wysiąść nie znajdował sie tam, gdzie powinien i w rezultacie na osiedle trafiłam z zupełnie innej strony, ale z uporem i zawziętością godną jakiegoś wyczynowca i tak udało mi się w rezultacie trafić w zaplanowane miejsce mojego przeznaczenia :). Nie ukrawam że moje mniemanie o sobie podniosło się do nieprzyzwoitej granicy, z powodu (czego sie po sobie nie spodziewałam) mojej dzielności :)
Troche… troszeczke tak tylko przykro mi z powodu tego, że w pewnym momencie napędziłam Robertowi stracha… jak ostatnim moim słowem podczas rozmowy telefonicznej było: „właśnie wstawiam sobie wode na herbatę”… a potem tylko łup… i miła pani (a jakże!) poinformowała go iż „abonent czasowo nie jest dostępny”… bo oczywiście, co bym sie bardzo nie cieszyła że to już koniec przygód jak na jeden dzień… musiałam sie oparzyć i telefon (z radosci oczywiscie) wypadł mi z ręki i z lekka się rozsypał… zanim wyjęłam wszystko z torebki i znalazłam karte z pinem by na nowo uruchomić telefon, oczywiście trochę wody w Wiśle upłynęło… i wcale się w sumie nie widze że pierwszą myślą mojego narzeczonego było to że wysadziłam w powietrze mieszkanie :), no cóż znając mnie i przypadki (niestety nie spisane), wciąż nie spełnionej twórczo Monisi Cz. byłby to bardzo prawdopodobny wyczyn… ale jedno trzeba mi przyznać, raczej się ze mną nie nudzi :)
P.s. Co by nie było powrót do mojego pięknego, cichego, nierozreklamowanego, niezbilbordowanego, znanego w jego zakamarkach, patriotycznie przeze mnie kochanego miasta, okazał się po prostu niespodziewanie przyjemny… przywitałam to swoje miejsce na ziemi, z wielkim uśmiechem, niemalże dookoła głowy… na całe szczęście matka natura mi również dała dwoje uszu, które nieco mój uśmiech zahamowały ale co tam!

czwartek, 2 października 2008

Dopada mnie jesienne przesilenie

i goni jakaś nostalgia…
zwiewam więc…
chwilowo tylko …
jakby ktoś mnie szukał
jestem schowana pod kocem i czytam
(jak zawsze) :)
a co!
trzeba czasem wziąć sobie urlop od samego siebie…
chociażby tylko jedno
(mam nadzieję)
wieczorowy.
poza tym boli mnie pewna część ciała :(
i zupełnie nie rozumiem czemu
koniki dla dzieci mają tak szerokie siodełka??
czy to normy jakieś unijne czy co?
poobijałam się bo widać mam zbyt małe „siedzenie”