poniedziałek, 6 października 2008

06. 10. 2000 rok

Osiem lat temu w bardzo piękną noc złotej, ciepłej jesieni… w moim życiu zdarzył się najpiękniejszy CUD… i właściwie wtedy wszystko się zaczęło… całe moje życie (krótkie bardzo) było życiem przed TYM momentem i po nim… a właściwie tylko po nim :) To co przed jest rozmazane albo przez czas, albo przeze mnie samą, bo pewnych rzeczy lepiej nie pamiętać… bo wszystko co po… jest ważniejsze, bardziej piękne, bardziej rzeczywiste i pasjonujące… jak sięgam pamięcią wstecz do tamtych chwil… z rzeczywistości pamiętam tylko płaczliwą ale piękną różową twarzyczkę mojej świeżo narodzonej córki, jej oczy, maleńkie rączki… wszystko inne to magia, cud życia, podziw niemożliwy do opisania… niewiara mała że to już, tak szybko, że stało się, że ta mała istotka na którą czekałam, która uwielbiała wsadzać mi kończyny w żebra i kopać niemiłosiernie, to małe ludzkie istnienie do którego przemawiałam… wreszcie jest, leży obok mnie, tuli swoją główkę do mojej piersi… i nagły przypływ świadomości, że wiem, znam odpowiedź na pytania dręczące mnie podczas ciąży, jak sobie poradzę, czy poczuje te wszystkie macierzyńskie uczucia… itd były po prostu nieuzasadnione, to samo przyszło, razem z ulgą po bólach wydania dziecka na świat. Zawsze jak o tym myślę mam wrażenie że ta magia, ten cud stał się… z moim i mojej córki wielkim udziałem, to fakt… ale stał się po prostu… wszystko się stało wtedy… świat urósł robiąc nam dla siebie miejsce, zazielenił się mimo jesieni, oświetlił się mimo nocy, zakwitł wiosną… A potem to wszystko, co daje człowiekowi siłę, co daje szczęście, co daje powietrze i wszystko czego potrzebuje… pierwsze uśmiechy, słowa, słowo „mama” zarzucanie maleńkich rączek na szyję, laurki, wszystkie „kocham cię”. I te wszystkie uczucia które powodują wzruszenie… Jak dziś gdy mojej dziecko po odśpiewaniu przez nas (może nie pięknie) ale na pewno głośno i wesoło „sto lat” :) wyściskało mnie, wycałowało mnie i stwierdziło że to nasze wspólne święto i że dziękuje że ją urodziłam… czego ja mogę więcej chcieć od życia??
P.s. Robert zabukiecił nam biurko (oczywiście moimi ukochanymi żółtymi tulipanami) Ani z okazji urodzin i mi z powodu indeksu i tego że ta mała rozrabiaka jest z nami :) a ja dodatkowo dostałam ręcznie i samodzielnie robioną bransoletkę i jeden kolczyk na drugi zabrakło nam czasu, bo sobie robiła korale :)