poniedziałek, 6 października 2008

Jestem posiadaczem indeksu :)

Notka z wczoraj… która dziwnym trafem (magicznym wręcz) nie przeszła jednak na bloga:
Stało się. :) Okazało się, że na uczelni, w dziekanacie nie popełnili błędu!! Nie pomyliły im się nazwiska ani inne dane osobowe i faktycznie, nieodwracalnie, oficjalnie i w ogóle jestem posiadaczem indeksu :). Nie udało się też mojemu przewrotnemu, zezowatemu z lekka szczęściu (pewnie w dzieciństwie dostał jakiegoś ciężkiego urazu) popsuć mi mojej radości z powodu pierwszego zjazdu. Nie przeszkodziło mi zaspanie i brak autobusu, którym miałam jechać… nie przeszkadzało mi że autobus, nie zatrzymał się tam gdzie powinien i o mały włos się nie pogubiłam… i nie przeszkadzało mi że się spóźniłam na zajęcia w rezultacie. W tym wypadku sprawdziła się odwieczna prawda, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. :) Dwugodzinna integracja przy automatach do kawy była iście udana :).
Mało tego! Podczas samotnej podróży do miejsca mojego noclegu, też mnie nic nie złamało. Ani minimalna znajomość Wawy…. ani nocna pora, ani pomylone bramki w metrze, ani nie przewidziane 4 wyjścia z metra (oczywiście właściwym okazało się to czwarte – ale to dopiero jak już wyszłam tym 3 :)), nie złamał mnie też odjazd mojego autobusu beze mnie i oczekiwanie 20 minut na następny i jedyne człowieki, kręcące się w pobliżu, czarne i zakapturzone… nie złamało mnie równierz to że przstanek na którym miałam wysiąść nie znajdował sie tam, gdzie powinien i w rezultacie na osiedle trafiłam z zupełnie innej strony, ale z uporem i zawziętością godną jakiegoś wyczynowca i tak udało mi się w rezultacie trafić w zaplanowane miejsce mojego przeznaczenia :). Nie ukrawam że moje mniemanie o sobie podniosło się do nieprzyzwoitej granicy, z powodu (czego sie po sobie nie spodziewałam) mojej dzielności :)
Troche… troszeczke tak tylko przykro mi z powodu tego, że w pewnym momencie napędziłam Robertowi stracha… jak ostatnim moim słowem podczas rozmowy telefonicznej było: „właśnie wstawiam sobie wode na herbatę”… a potem tylko łup… i miła pani (a jakże!) poinformowała go iż „abonent czasowo nie jest dostępny”… bo oczywiście, co bym sie bardzo nie cieszyła że to już koniec przygód jak na jeden dzień… musiałam sie oparzyć i telefon (z radosci oczywiscie) wypadł mi z ręki i z lekka się rozsypał… zanim wyjęłam wszystko z torebki i znalazłam karte z pinem by na nowo uruchomić telefon, oczywiście trochę wody w Wiśle upłynęło… i wcale się w sumie nie widze że pierwszą myślą mojego narzeczonego było to że wysadziłam w powietrze mieszkanie :), no cóż znając mnie i przypadki (niestety nie spisane), wciąż nie spełnionej twórczo Monisi Cz. byłby to bardzo prawdopodobny wyczyn… ale jedno trzeba mi przyznać, raczej się ze mną nie nudzi :)
P.s. Co by nie było powrót do mojego pięknego, cichego, nierozreklamowanego, niezbilbordowanego, znanego w jego zakamarkach, patriotycznie przeze mnie kochanego miasta, okazał się po prostu niespodziewanie przyjemny… przywitałam to swoje miejsce na ziemi, z wielkim uśmiechem, niemalże dookoła głowy… na całe szczęście matka natura mi również dała dwoje uszu, które nieco mój uśmiech zahamowały ale co tam!