czwartek, 12 września 2013

96 - Poza ciałem

Jedną z najbardziej przykrych dla mnie spraw związanych z tą chorobą jest poczucie przebywania obok, poza swoim ciałem. Są dni że spoglądam w lustro i mam ochotę krzyczeć sama do siebie, że to nie ja. To nie moje ciało, to nie moje mięśnie, to nie moje sztywne stawy. I głowa też nie moja. To nie ja z tym całym swoim "nicmisięniechceniem", to nie ja z poczuciem że zaraz twarzą będę zamiatać podłogę, to nie ja z poczuciem że zaraz padnę na podłogę, że nie zrobię kroku, nie zmuszę wszystkich swoich sił w mięśniach by podniosły rękę, że rano nie zmuszę się by otworzyć oczy i by odkryć kołdrę. Że to nie ja, z tym swoim przejmującym (dosłownie czasem aż mi samej siebie żal), smutkiem, takim do granic rozpaczy mimo największego szczęścia jakie mnie w życiu spotyka. Bo jeszcze miesiąc czasu temu byłam na szczycie szczęścia, ślub, przeprowadzka, szykowanie córki do gimnazjum, nowe meble, urządzenia do domu, nowe stosy książek czyli to co kocham najbardziej, i rozkwit miłości na nowo po długich latach narzeczeństwa. Mogłam góry przenosić, całe dnie pakowałam, przewoziłam, rozpakowywałam, skok adrenaliny.  I nawet nie wiadomo kiedy, nie wiadomo dlaczego wszystko z dnia na dzień się skończyło. Spadek formy, po prostu wstałam pewnego dnia, rozdrażniona, makabrycznie zmęczona, zestresowana, zalękniona, do głębi samotna. Znów w otchłani. Z poczuciem że kolejny raz zgubiłam siebie, z neimym krzykiem na ustach że to nie ja, że ktoś podczas snu mnie zamienił.

Najgorsze jest to, że w tym amoku postanowiłam jeszcze odstawić antydepresant. Pojechałam po bandzie, z marnym skutkiem dla samej siebie. Z nadzieją że dam radę i przynajmniej to zrobię dla siebie że będę szczęśliwa bez leków, z nadzieją że pomoże mi w tym mój mąż. Który tak na marginesie chyba też czasami nie ma sił do mojego podwójnego świata, do mnie tej, której sama nie akceptuje.